czwartek, 9 lutego 2017

Z pamiętnika oponki #2

Nowy rok, nowe postanowienia, nowe starania by czuć się dobrze.


Źródło



Jestem na diecie.
Niektórym na same słowo DIETA przychodzą na myśl okropne, jałowe (można by rzec, że szpitalne) posiłki.
Nie wszystkie takie są. Zdarzają się takie posiłki, które nie wyglądają ale smakują. Są też i takie które ani niestety nie wyglądają i nie smakują. Swoim wyglądem i konsystencją przypominają papkę, koloru byle jakiego, by nie powiedzieć, że g*nianego.
Na szczęście, to co nie smakuje idzie w odstawkę, bo przecież nie o to chodzi, by na diecie cierpieć katusze głodząc się lub jedząc coś, co nie chce przechodzić nam przez gardło. W taki sposób można tylko się zniechęcić i polec już na starcie.

Kryzys
Nawet pomimo dobrze dobranej diety, smacznych posiłków może pojawić się kryzys. Sama się o tym przekonałam nie raz i nie dwa. Miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Przecież mocne postanowienie mam, uparcie chcę dążyć do celu. Przecież MAM TĘ MOC!
A jednak poległam.
DZIŚ - trzymam się codziennych ćwiczeń, trzymam się diety i nadal chcę osiągnąć swój cel. Mimo to  WCZORAJ poległam.

Zgrzeszyłam!
Wstyd się przyznać.
Delektowałam się chwilą przyjemności... bo to była tylko chwila!
Minutka...

- Zgrzeszyłam sięgając po wafelka!
Był pyszny. Chrupiący, oblany słodką mleczną czekoladą. 
Obiecałam sobie, że w zamian za ten grzeszek poćwiczę dłużej, odpuszczę sobie przekąskę... ale po chwili – odpuścić mam przekąskę?!
Właśnie mój organizm dopominał się kolejnego posiłku, a ja bez dłuższej chwili zastanowienia  sięgnęłam po ... kolejnego wafelka. Schowałam się z nim w kuchni jak małe dziecko i jadłam tak ostrożnie, by żaden okruszek się nie zmarnował.
Przez chwilę przyszło mi namyśl, że zachowuję się jak narkoman na głodzie... a raczej, który był na głodzie.

Wstyd.
Spojrzałam w lustro. W kąciku ust miałam maleńką plamkę czekolady.
Spojrzałam na siebie i było mi wstyd. Taka zawzięta jestem w dążeniu do celu, a raptem kilka tygodni minęło i już zajadam się słodkim.
Tak szybko się poddałam. Chcę zmian – poprawy w funkcjonowaniu organizmu, lepszej formy, chcę zdrowego trybu życia, a byle wafelek zburzył mur, który tak starannie budowałam. Mur ochronny przed pokusami (czytaj – czekoladą i innymi słodkościami).
Weszłam na wagę – ta sama, co w dniu podjęcia wyzwania.
Niech to ...!

Coś robię nie tak.
Porcje troszkę większe, mało wody, podjadanie i te nieszczęsne wafelki. No dobra – były też pierniki, sernik, podkradzione chipsy od męża.
Wiem – nic nie mów. Nic dziwnego, że nie było zmian.
Spoglądanie na obiad męża i dzieci, a potem na mój sprawiało, że poziom frustracji rósł proporcjonalnie do poziomu głodu. Gdy w końcu się poddałam i stwierdziłam, że to nie mój czas na dietę, zaczęłam jeść to co zwykle – duże porcje kanapek, ziemniaków, maślane bułeczki.
Przestałam ćwiczyć, bo jaki sens w tym, skoro znów się obżeram.
I ta przeklęta lodówka!  Gdy tylko nocą szłam do łazienki, kątem oka widziałam jakby sama się otwierała, świeciła tym jasnym światłem, a umysł podpowiadał... idź w stronę światła...

Razem jest lepiej.
Obżerałam się. Było mi ciężko na żołądku, ale gdy tylko w szafie widziałam ostatniego wafelka...


Czułam wzrok na sobie i wiszące w powietrzu, nieme pytanie. 
Czułam się źle, że poległam...
Jednak zamiast tego pytania usłyszałam co innego.
"Wiesz kochanie, też przejdę na Twoją dietę".
Uskrzydliło mnie to! Tego samego dnia usiadłam i przygotowałam listę zakupów, zważyłam się, zmierzyłam z dokładnością co do centymetra. Zjadłam kilka chipsów o smaku zielonej cebulki i także lody. A następnego dnia wstałam w wyśmienitym humorze.

Przygotowuję posiłki dla wszystkich – owsianki, koktajle. Pilnuje czasu, ilości wypitej wody. Słodycze mogą być i nie kuszą. Wiesz dlaczego? Po miesiącu jest efekt. W końcu waga ruszyła.
Jestem lżejsza, a centymetr pokazuje, że ubyło po kilka centymetrów tu i ówdzie.
Mąż nie narzeka na posiłki, a z nim nawet lepiej wszystko smakuje. Córka polubiła owsiankę, dopomina się o koktajle. Słodycze na sklepowych półkach nie kuszą, a gdy przychodzi niedziela – pozwalamy sobie na ciasto domowej roboty, czy lody.

Gimnastyka ... też dla smyka.
Nie sądziłam, że od ćwiczeń można się uzależnić. Codzienny spacer, a wieczorem ćwiczenia przed telewizorem, albo komputerem. To jest czas tylko dla mnie, a coraz częściej bywa, że i dla córki. Tata zazwyczaj zajmuje się dziećmi, a ja spalam tłuszcz na turbo przyspieszeniu. Hania prawie za każdym razem mi towarzyszy. Kładzie się na macie i udaje, że wykonuje ćwiczenia, albo (praktycznie zawsze) bierze ze sobą malutkie figurki i się bawi. Po moich ćwiczeniach robimy przysiady, skłony i pajacyki.

Gdy ktoś zwróci uwagę na Twoje postępy.
Nic tak nie poprawia humoru, jak znajoma, która na Twój widok robi wielkie oczy i mówi "Ale Ty schudłaś".
Ta satysfakcja, kiedy w końcu możesz wcisnąć się w spodnie, które od czasu porodu były wciąż za małe...



A jak u Ciebie z dietą i ćwiczeniami?

M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger