piątek, 29 września 2017

Nie żyjemy w cyrku, a dziecko to nie tresowana małpka

Photo by Daniela Rey on Unsplash


Za kilkanaście dni miną cztery lata odkąd jestem mamą.
Pamiętam, jak na samym początku byłam sfiksowana na punkcie swojej pierworodnej. 
Wiele rad usłyszałam od mamy, dużo też czytałam i całą tą wiedzę zweryfikował czas i nie ukrywam też, że instynkt macierzyński.
Podejmowanie decyzji tych najzwyklejszych momentami sprawiało trudność,
a nagle po 9 miesiącach musiałam przyzwyczaić się do myśli, że będę odpowiedzialna za małego człowieka, którego dotąd nosiłam pod sercem. 
Pierwsze uczucie, które przychodziło na myśl i to jeszcze na sali porodowej, to strach. Z czasem jednak przemienił się on w odwagę i siłę, ponieważ po ułamku sekundy, gdy tylko ujrzałam swoje dziecko, wiedziałam, że będę  gotowa za nie oddać życie. Będę walczyć o jego dobro jak lwica i nic nie będzie mi straszne.

Jako młoda mama otrzymałam dużo wsparcia od bliskich. Nie było żadnych drażniących tekstów typu - "a czemu woda, a nie soczek", czy "gdzie jest czapeczka?", chociaż nie powiem, że zgrzyt o słodycze był normą. Na szczęście rozsądek wygrywał, a rodzice i dziadkowe tworzyli i nadal tworzymy jeden zespół. Świadomość tego, że nikt już  nie traktuje Cię jak dziecko i szanuje Twoje zdanie oraz podjęte decyzje,  zdecydowanie ułatwia  w procesie wychowania.

O tyle, o ile najbliższa rodzina okazała wsparcie, zrozumienie i nie naciskała na nabywanie pewnych umiejętności przez dziecko, o tyle tego zrozumienia z dalszego otoczenia było brak.
Teoretycznie człowiek wie, że każde dziecko rozwija się swoim tempem, a do tego rodzic doskonale zna możliwości swojej pociechy i nie powinien przejmować się głupimi tekstami ciotki klotki - typu "Jeszcze nie chodzi/ nie siedzi/ a dlaczego nie raczkuje?!".
A jednak! 
Jednak gdzieś tam te głupie prztyczki ruszają. Człowiek zaczyna myśleć, szukać informacji, martwić się, pomimo tego, że zarówno rozum i serce podpowiadają "Daj sobie spokój".

Skąd wiem? Też tak miałam. Naprawdę! Tyle, że na szczęście na właściwy tor, w momencie paniki, sprowadził mnie mój mąż. 
I chwała mu za to! 
Nie słuchałam tekstów znajomych, którzy nie mieli swoich dzieci, a do pouczania wykorzystywali doświadczenie kogoś z rodziny.
"Dobre rady" jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam, a gdy miałam dość, to rozmowę ucinałam - No bo kogo obchodzi to, że nie daję smoczka?
A gdy ktoś pytał o umiejętności, nie wstydziłam się powiedzieć czego jeszcze nie potrafi moje dziecko. Gdy tylko drugi rozmówca próbował wtrącić swoje trzy grosze, przerywałam rozmowę twierdzeniem "moje dziecko różni się od twojego/twojej siostry/brata dziecka tym, że ma inny zestaw genów, inne środowisko i swoje niepowtarzalne tempo rozwoju", albo "jest zdrowe i zdrowo się rozwija, więc skończ swoje wywody na temat tego, co powinno". Zawsze z uśmiechem na twarzy. 

No dobra, nie zawsze aż tak niemiła byłam. W sumie to zazwyczaj bywało tak, że gdy ktoś chciał się licytować umiejętnościami swojej pociechy, to tak do końca licytacje wygrywała moja pierworodna.
Hania na wadze przybierała dużo, szybko zaczęła się przemieszczać i tylko brak uzębienia był powodem do wstydu. Na szczęście gdy pojawił się pierwszy ząb, była sensacja - no ale i tak "tak późno?".

Tak samo było z drugą pociechą. Z tą jednak różnicą, że druga prześcignęła wszystkich w rodzinie i wśród znajomych. Zaczęła chodzić w 8 miesiącu. 
Miałam wrażenie, że żyjemy na przyspieszonym tempie. Dopiero co się urodziła, a już zaczęła się przekręcać na brzuszek, aż tu nagle sobie zaczynała przygotowywać się do startu. Usiadła bardzo szybko, zaczęła raczkować w ekspresowym tempie, a w chodzeniu przebiła wszystkich z rodziny. I z uzębieniem nie było źle - prześcignęła siostrę.

Do czego zmierzam?
Siostry - od jednego ojca i jednej matki.  I co? Tempo rozwoju różni się od siebie diametralnie.
Tak samo charakter.
Są dowodem na to, że indywidualne traktowanie każdego dziecka, zapewnia optymalny rozwój. 
Nie ma możliwości przyspieszenia procesu rozwoju dziecka i nabywania przez nie niektórych umiejętności. Za to jest możliwość wyrządzenia dziecku krzywdy swoimi wygórowanymi oczekiwaniami i chęcią mieszczenia się w normie.

Nie żyjemy w cyrku, a dziecko to nie tresowana małpka.
Pozwólmy dziecku być sobą, wspierajmy jego rozwój. Nie strofujmy matek. Niech cieszą się macierzyństwem. Jeśli dziecko się zdrowo rozwija, to dajmy mu czas na to, by mogło przejść na kolejny etap swojego rozwoju w najdogodniejszym dla niego momencie. Gdy będzie na tyle silne by móc się podnieść, usiąść, czy ruszyć do przodu.

Nie pozwól zasiać w sobie ziarna zwątpienia. Jesteś matką, znasz najlepiej swoje dziecko, pozwól mu się rozwijać swoim tempem. Wspieraj - nie tylko w pierwszym roku jego życia, ale w każdym. 

M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger