wtorek, 20 czerwca 2017

A czy ty radzisz sobie z gniewem?

Miałam ostatnio okazję, chociaż tego tak bym nie nazwała, byłam bardziej świadkiem. A więc byłam ostatnio świadkiem dosyć nieprzyjemnej scenki.
Będąc na zakupach w jednym z większych supermarketów, zauważyłam pewną rodzinę.
Była to para - rodzice i dwóch chłopców. Na oko starszy miał jakieś 9 lat, młodszy co najwyżej 5-6.
Na zakupach byłam bez dzieci, więc ze spokojem z mężem mogliśmy zapełnić koszyk, wykreślając po kolei produkty z listy.

Rodzinkę o której jest dzisiejszy wpis zauważyłam już przy wejściu. Dzieci były podekscytowane, mama dumnie kroczyła trzymając pod pachą męża/partnera - na pewno ojca dzieci.
Chłopcy pytali co im kupi, czy auto, może jakieś gry ... ojciec rzekł, że po prostu wydadzą trochę pieniędzy. Pierwsze co mi się nasunęło na myśl - pewnie wrócił z pracy za granicą, dzieci utęsknione - chciał pewnie im wynagrodzić stracony czas i zrobić niespodziankę. Patrząc na dzieci - uśmiechy nie schodziły im z buziek. Można rzec, że udało się ojcu osiągnąć cel, bo nie ma nic lepszego od radosnych dzieci.

Kolejny raz zetknęłam się na nich przy pieczywie. Starszy chłopiec przyjął poważną pozę, oczy mu błyszczały i widziałam w nich strach i smutek. Młodszy kulturalnie wziął dla siebie bułkę, po czym zakomunikował matce, że jest głodny. Sprzeciwu przed jej zjedzeniem nie było do czasu aż podszedł ojciec.
Nie zwracałam już uwagi, ruszyłam do przodu, ale nie dało się nie słyszeć słów ojca, który za nadgryzioną bułkę chciał już wyjść z siebie i wtłuc "gówniarzowi".

Kolejny raz i to już ostatni raz był przy punkcie gastronomicznym, można określić go barem. Stałam w alejce czytając etykietkę ale tak naprawdę ciężko było skupić uwagę na tym co czytałam. Nie mogłam pozbyć się z głowy tej przestraszonej twarzy chłopca.
Minęli mnie i usiedli przy jednym ze stolików. Przyglądałam się im ukradkiem, bo szczerze - gdy tatuś chłopców spojrzał na mnie, sama się bałam. Miałam wrażenie, że emanuje złością. Jego nerwowe gesty, ton głosu - przemawiał przez niego gniew i widać było, że ciężko jest mu panować nad sobą.
Pomyślałam, że może ma stresującą pracę, może mają problemy - różnie w życiu bywa i ktoś z boku może źle ocenić drugiego człowieka, dlatego ja tego nie robiłam. Nie oceniałam.
Ot, po prostu miałam możliwość natrafić na nich tego dnia kilka razy. Nie analizowałam, nie oceniałam, po prostu zwróciłam na nich uwagę.

Rodzina zamówiła coś do jedzenia, ja ruszyłam do kolejnej alejki z której miałam również na nich widok. Nie przyglądałam się, nie zwracałam uwagi, zajęłam się skreślaniem produktów z listy. Mijając stoliki usłyszałam rozmowę - chłopcy byli bardzo głodni, ojciec rzucił tekst, że trzeba się streszczać, bo do załatwienia ma sprawę na mieście.
Później usłyszałam dosyć wulgarny tekst, który padł z ust ojca.
"C*** mnie zaraz strzeli. Żryj tego kurczaka normalnie. Otwieraj buzię" Po czym wepchał młodszemu do ust spory kawałek mięsa. Chłopiec wyglądał jak chomik z pełnymi policzkami. W oczach pojawiły się łzy.
"Wypluj to !" Wydarł się ojciec.
Nie wyglądało to ciekawie, ale chłopiec był posłuszny. Wszyscy którzy byli w pobliżu zwrócili uwagę na ojca i chłopca.W tym także i ja. Nie dało się nie słyszeć słów ojca.
Odwróciłam się  i nie odrywałam wzroku od stolika. Spoglądałam na matkę dzieci, która się zgarbiła i nie podniosła wzroku znad talerza. Spoglądałam na chłopców, których było mi żal, bo przecież przed chwilą wchodzili do sklepu i mieli całkiem dobry humor.
Mój wzrok, z resztą jak każdego będącego w pobliżu zatrzymał się na ojcu. Czekałam czy odwróci się w moją stronę, miałam ochotę podejść i zwrócić mu uwagę - o słownictwo, o zachowanie. Byłam zła, bo nie zdawał sobie sprawy z tego, co przez niego dzieje się w ich głowie.
Widząc pozostałych ludzi, chyba każdy czekał na ten moment. Czekał co zrobi ojciec. Miałam wrażenie, że każdy był w gotowości, by zareagować.

Matka chłopców szturchnęła ojca, ten w końcu się rozejrzał , a także i do mnie się odwrócił, spojrzał, trzymając tym samym dłoń pod brodą młodszego chłopca, który wciąż opróżniał policzki.
W tamtym momencie to ode mnie emanowała złość.
Czekałam aż się do mnie odezwie, układałam w głowie co mu powiem, a on po prostu zrobił się bordowy i spuścił głowę. Usiadł, wyprostował się jakby chciał wziąć ostatni wdech. Złapał syna za ramię i powiedział żeby sam jadł swoim tempem. On poczeka. Starszy syn rozejrzał się dookoła, po czym spojrzał się w moją stronę, mama chłopców również po czym zmieszana uśmiechnęła się sztucznie do mężczyzny.
Chciałam zwrócić uwagę. Spojrzenie wystarczyło. Nie tylko moje spojrzenie, a każdego w tym sklepie.
Sytuacja wyglądała tak, jakby w tamtym momencie czas się zatrzymał. Jakby ktoś za pomocą magicznej różdżki zatrzymał czas. Wszyscy stali nieruchomo i wpatrywali się w ojca, a jego reakcja przeciągała się  z sekundy na sekundę, jakby w zwolnionym tempie, by po chwili wróciło wszystko do normy.
Źródło

Nie spotkałam ich już więcej. Wracając do domu milczałam. Analizowałam wszystko co widziałam. Serce mnie bolało, bo przed oczami miałam wciąż twarz tego chłopca. W uszach dzwonił ton ojca.
Nie wyobrażam sobie, że są ludzie którzy tak odnoszą się do ludzi których kochają. Ludzi, bo małe dziecko to też, to przede wszystkim (!) taki sam człowiek jak dorosły, z tą różnicą, że posiada mniejszy bagaż doświadczeń i nie zawsze potrafi się sam obronić.
Wciąż staram się nie oceniać ojca. Różnie bywa, może naprawdę miał zły dzień. Tylko czy go to tłumaczy? Czy jeśli mamy zły dzień, to jesteśmy zwolnieni z kochania, szanowania, godnego traktowania?

Każdego dnia uczymy dzieci radzenia sobie z gniewem, a czy każdy dorosły, czy każdy rodzic potrafi sam nad tym gniewem zapanować?

Zastanawia mnie jedno - czy matka chłopców nie reagowała, bo wiedziała że to po prostu zły dzień ojca?
A może była już przyzwyczajona do tego typu sytuacji?
Dlaczego nie reagowała?

Wszystko rozumiem - zmęczenie, stres, zmartwienia. Czy powinniśmy obarczać tym dzieci, wyżywać się za swoje niepowodzenia na nich?
Również bywam zmęczona, sfrustrowana, mam ochotę uciec. Mam zmartwienia jak każdy.
Jednak nie wyobrażam sobie, by w podobny sposób odreagowywać, by krzywdzić swoje dzieci, które kocham nad życie. Bywam wściekła, ale mam swój sposób na to. Sposób by zapanować nad tym. Nie wyobrażam sobie używać takich słów do dzieci. Nie wyobrażam sobie w ich spojrzeniu dostrzec  strach. Przede mną. To byłaby największa porażka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger