piątek, 30 września 2016

Jestem Zosia - CYTRYNIADA- jak wiara w siebie czyni cuda.

Studenckie czasy coraz bardziej odchodzą w niepamięć. Pośpiech, pełna torba  notatek, niedojadanie. Część twarzy koleżanek już nie pamiętam, zwłaszcza tych, z którymi już nie utrzymuję kontaktu. Wszystko mija, tylko nie jedno wspomnienie dnia, kiedy ją poznałam- Zosię.
Czy deszcz, czy słońce, na każdej przerwie siedziała sama, w tym samym miejscu, z telefonem, z książką. Ubrana na czarno, z ponura miną. Zawsze wpatrzona w  ekran telefonu, bądź wolnym ruchem przekładała strony książki.
Sama.
Nikt jej nigdy nie zaczepił, nawet nie usiadł obok niej.
Nigdy nie oderwała wzroku, zawsze skupiona, a gdy był czas na zajęcia- znikała, niepostrzeżenie.
Przyzwyczaiłam się do jej widoku, czasem byłam ciekawa- jak ma na imię, co studiuje. Znałam ją bardzo długo, a tak naprawdę nie znałam wcale.
Pewnego razu jednak ją poznałam i utrzymujemy kontakt do dziś.

Po co ten wywiad? Po to, by pokazać  światu, że każdy zasługuje na szczęście, a gdy to szczęście się odnajdzie- zmienia się wszystko.


     Pamiętasz jaka byłaś, kiedy się poznałyśmy? Pozwól, że może w kilku słowach Cię opiszę- to, jak Cię postrzegałam. Później określisz czy się myliłam. Chciałabym żeby czytelnicy troszkę Cię poznali i dostrzegli przemianę.
.
Patrząc na Ciebie, ciężko wrócić do tamtych czasów, kiedy byłaś szarą myszką, zakompleksioną, nie potrafiącą uwierzyć w siebie. Mimo wieku, byłaś małą dziewczynką, która bała się własnego cienia, która twierdziła, że nic już dobrego jej nie spotka, że każdy jest lepszy, tylko nie ty- bo jesteś słaba, nikomu niepotrzebna.  Z twoich opowiadań, wywnioskowałam, że nikt nie widział w tobie dobrego człowieka, tylko wady, same wady i to poczucie, jakbyś była ciężarem.  Miałam wrażenie, że potrzebowałaś akceptacji- nie mojej, czy otoczenia, ale twoich bliskich.
Czy mam racje?

-Tak, wszystko się zgadza. Często odnosiłam wrażenie, że jestem w rodzinie zbędna i, że beze mnie będzie wszystkim lepiej. Całe szczęście te czasy minęły.


   Powiedz mi, dlaczego odizolowanie się od ludzi było dla Ciebie lekarstwem? 
Czy unikałaś towarzystwa zawsze? Co się wydarzyło, że zaczęłaś unikać ludzi?

-    Kiedy jest się z dala od wszystkich - nikt nie rani. Nie zawsze unikałam towarzystwa, miałam dwie koleżanki z czasów zabaw w piaskownicy, z którymi czasem się spotykałam, choć częściej wybierałam cztery ściany.
     Wydaje mi się, że to nie przez jedno zdarzenie taka się stałam, raczej było ich kilka i to się po prostu piętrzyło dopóki mnie nie przerosło. Od małej dziewczynki byłam bardzo blisko ze swoją kuzynką, była jak siostra- my dwie przeciw wszystkim, i wszystkiemu. Często jeździłyśmy do babci na wieś i tam się bawiłyśmy. Jeździłam tam nie dla babci czy dziadka, tylko dla mojej siostry. Niestety coraz częściej odnosiłam wrażenie, że mnie tam nie chcą, kuzynka była ich faworytką a ja tylko przybłędą, im byłyśmy starsze, tym bardziej było to widać.
     Z biegiem czasu zaczęłyśmy wychodzić na wioskę do ludzi, dzięki temu poznałam wielu rówieśników, ba, nawet się zaprzyjaźniłam z kilkoma dziewczynami, a przynajmniej tak mi się wydawało. Jak się później okazało moje niby przyjaciółki przekazywały dalej moje sekrety, gadały za moimi plecami, przykleili mi etykietkę anorektyczki, a kuzynka z dnia na dzień stała się mi zupełnie obca. Pamiętam do dziś co powiedział mi jeden chłopak „Szkoda, że nie wyglądasz jak twoja kuzynka, bo jest ładna a ty nie”. Byłam młoda, zleżało mi na akceptacji.
          Przestałam wychodzić do ludzi, a także  coraz rzadziej pojawiałam się u babci.
     W każdej szkole  miałam spokój, ale tylko dlatego, że byłam jak cień. Nigdy się nie wychylałam.
     Doszło  też do tego, że nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Mimo tego, że usłyszałam kilka razy komplementy na temat swojego wyglądu, to w głowie wciąż miałam słowa tamtego chłopaka, który po prostu chciał mnie zdołować- i niestety mu się to udało. Znalazło się także później kilka osób, które potrafiły zdołować totalnie.


   Pamiętam, jak wspominałaś, że twoją ucieczką od tej przygnębiającej rzeczywistości był wirtualny świat- tam Cię akceptował każdy, mogłaś porozmawiać, rozumieli Cię. 
    Wydaje się, że to Cię trzymało przy jako takiej „normalności”, bo jednak nie do końca się odizolowałaś, w murze, który zbudowałaś, zostawiłaś otwartą bramę. Gdzie w tym wirtualnym świecie znalazłaś bratnie dusze?

-    Tak, wirtualny świat był ucieczką od wszystkiego. Włączając grę nie myślałam o szkole czy domu. Byłam tylko ja i komputer. Poznałam tam wiele ciekawych osób, z którymi mogłam porozmawiać na każdy temat, a co było dla mnie zaletą takich rozmów? Nikt mnie nie widział. Nie musiałam się bać, że ktoś zacznie mi dokuczać z powodu wyglądu.
     Kiedyś wychowawca w gimnazjum właśnie mnie tak opisał „Dziewczyna, która zbudowała gruby mur wokół siebie i nikt nie może przez niego wejść” nie wiedział, że jest maleńkie wejście dla ludzi z wirtualnego świata.


   Z perspektywy czasu, gdybyś mogła kogoś obwiniać za stan w jakim się znalazłaś- można powiedzieć, że stan depresji, kogo byś obwiniała? Ktoś się do tego przyczynił? Kto? Co byś najchętniej tej osobie powiedziała-zarówno wtedy, jak i dzisiaj? Chodzi o to, żebyś powiedziała co sprawiło, albo kto się przyczynił do tego, że przestałaś wierzyć w siebie.

-    Osoba, którą mogłabym obwinić jestem ja sama. Nie powinnam brać wszystkiego co mówili do siebie, ponieważ młodzi ludzie przeważnie najpierw robią/mówią potem myślą, albo i nie myślą.
    

         A co byś chciała zmienić? Co zrobiłabyś inaczej, gdybyś mogła cofnąć czas?

-     Nie dałabym sobie wmówić nieprawdy.


    Oprócz wirtualnego wsparcia, mogłaś liczyć na czyjąś pomocną dłoń w rzeczywistości? Miałaś takie poczucie, że w najgorszym przypadku, zawsze Ci ten ktoś pomoże? Jeśli tak- kto to był? Ktoś  rodziny, przyjaciół?

-   Nie liczyłam na pomoc od kogokolwiek. Wolałam wszystko przemilczeć. Dusiłam w sobie każdy problem, ten duży i mały. Gdy było wszystkiego już za dużo- płakałam, oczywiście w ukryciu. Wiedziałam po prostu, że ze wszystkim muszę uporać się sama, ale nie potrafiłam.


      Powiedz, co myśli osoba, która jest w dołku- w takim dołku jak byłaś- odizolowana od ludzi, pozbawiona pewności siebie i nie mająca siły na walkę z każdym dniem, który był rutyną.

-   Bardzo często dopadały mnie najgorsze myśli, za które jest mi wstyd. Nikomu niepotrzebna, taki zbędny balast.. Nie miałam po co żyć, więc myślałam czy tego nie zakończyć.

     To co mówisz jest straszne. Przykry jest fakt, że ludzie nie mają świadomości, jak słowa potrafią ranić, a czasem zabić. Brak akceptacji, etykietowanie.  Smutne jest to, że ludzie wyczuwają czyjąś słabość i wykorzystują ją, by móc się dowartościować.
- To prawda, ale wiesz co- szkoda mi takich ludzi. Musiało ich spotkać coś naprawdę strasznego, żeby zniżyć się do takiego poziomu, by kopać leżącego.
Zawiodłam się także na niektórych bliskich, nie potrafili mnie zrozumieć.

      Twoim promyczkiem na lepsze jutro stał się Twój chłopak, prawda? 
    Jak to się stało, że udało wam się przenieść uczucia z wirtualnego świata do rzeczywistości? 
   A może, te uczucia dopiero rozkwitły, gdy się spotkaliście, a wirtualny świat po prostu pomógł wam się odnaleźć? Jak to było?

-   Poznałam go w grze. Myślałam, że parę dni z nim porozmawiam i na tym się zakończy nasza znajomość, ale było wręcz przeciwnie. Przenieśliśmy nasze rozmowy na facebooka.
     Widząc jego zdjęcia pomyślałam tylko, że jest dla mnie za przystojny i nawet nie warto sobie robić jakichkolwiek nadziei. Z biegiem czasu nasza znajomość rozwinęła się na tyle, że mogłam nazwać go przyjacielem i czułam, że mogę napisać mu wszystko. Coraz więcej spędzaliśmy czas na skypie na rozmowach. Po 2 latach internetowej znajomości zaczęłam coś do niego czuć. Oczywiście wmawiałam sobie, że nie mogę i tłumiłam swoje uczucia. Postanowiliśmy, że się spotkamy, bo w końcu najwyższa pora. Planowaliśmy spotkanie dość długo, w międzyczasie dowiedziałam się że mnie kocha, mimo to byłam pełna durnych obaw, że się nie spodobam- w końcu zdjęcia i ekran monitora to nie to samo co spotkanie twarzą w twarz. Miałam obawy,  że się ode mnie odsunie…
Od tamtego dnia oficjalnie  jesteśmy parą.



Będąc w związku, zaczęłaś inaczej postrzegać siebie? Uwierzyłaś, że jesteś wartościowym człowiekiem? Że zasługujesz na szczęście? Jak to jest teraz z Tobą?
Przyznam szczerze, że wolę Ciebie tą teraźniejszą, tą promienną. Oczy Ci się świecą i widać, że jesteś szczęśliwa. Miłość Ci służy. Przyznaj- sądziłaś, że nastąpią aż tak diametralne zmiany w tobie?

- Tak, tak i tak! Dzięki niemu zmieniłam się na lepsze. Patrząc w lustro nie widzę już potwora, tylko piękną czarnowłosą dziewczynę, która jest w stanie zrobić wszystko. Nigdy nie myślałam, że zmienię się aż tak przez jedną osobę.



 Na jakie sprawy zmieniłaś zdanie pod wpływem Twojej drugiej połówki? Czy jest coś szczególnego, na co teraz inaczej patrzysz? Czy z perspektywy czasu zauważasz, że coś źle odbierałaś, że byłaś może dla siebie zbyt surowa w ocenie?

-    Przede wszystkim postrzeganie siebie zmieniło się o 180 stopni.
     Z perspektywy czasu zauważyłam, że byłam surowa w ocenie swojego wyglądu. Przezwiska ze strony "znajomych", którym najwyraźniej się nudziło nie powinny aż tak mnie dotknąć. Za bardzo przejmowałam się opinią ludzi.

     Każdego dnia stawałaś się pewniejsza siebie, powiedz czy dzięki temu odkryłaś coś w sobie? Może jakieś nowe umiejętności? Może dostrzegłaś w sobie coś, czego wcześniej nie zauważałaś?

- Tak, odkryłam w sobie talent do  różnorakich deserów. Często siedzę w kuchni i tylko myślę czy zrobić jakieś ciasto czy może coś z owoców. Rozwinęłam też umiejętności manualne. Szkicowanie, szycie, malowanie, podobno wychodzi mi to całkiem nieźle.

       A co by było, gdybyś nie znalazła bratniej duszy, gdybyś dalej tkwiła w (błędnym) przekonaniu o swojej wartości, w ponurej rutynie. Myślisz, że tkwiłabyś w tym, czy może kiedyś byś się ogarnęła- prędzej czy później?

-    Raczej bym się nie ogarnęła. Potrzebowałam kogoś kto by mi pomógł  wspiąć się na szczyt góry. Mój partner był tym, który mnie asekurował i podał mi pomocną dłoń- za co jestem mu  wdzięczna.

     Wierzę, że Twój partner, to ten jedyny i trzymam kciuki za was. Liczę, że będę mogła wręczyć kwiaty i życzyć wam wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. ALE, ciekawi mnie jedno- w sumie, to muszę o to zapytać- co jeśli się rozstaniecie? Wrócisz do stanu w jakim się znajdowałaś? Wskoczysz do dołka, otoczysz się murem? Myślałaś nad tym? Pewnie nie, ale chyba warto zadać sobie to pytanie i przekonać się czy twoja zmiana jest chwilowa, czy nie.

-   Nie myślałam co by było gdyby.. szczerze boję się o tym pomyśleć. Czuję, że to ten jedyny i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ale, gdyby … gdybym musiała się z nim rozstać, to nadal cieszyłabym się życiem, chociaż tak w głębi serca to właśnie on mi pokazał jak piękne jest życie, bez niego chyba nie potrafiłabym żyć. Mimo, że zburzyłam mur, uwierzyłam w siebie, to bałabym się zaznać spokoju i szczęścia bez niego- nie potrafiłabym. Z drugiej strony, powtarzałabym jego słowa jak mantrę i żyła dalej, licząc na to, że szczęście i mi jest pisane.


    Jaką radę byś dała osobom, które przytłaczają pewne rzeczy, sytuacje, osoby?

-   Czasem bywa tak, że pewne rzeczy odbieramy w inny sposób. Nasze postrzeganie jest zaburzone, bo wszystkie myśli się kotłują w głowie, niektóre słowa wypowiedziane przez bliskich dudnią w głowie i zaczynasz inaczej je interpretować. Kiedy mamy wrażenie, że jesteśmy u kresu wytrzymałości, warto zrobić dwa kroki w tył, przeanalizować sytuacje, słowa i spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć- jestem silna i dam radę! Czasem warto po prostu wyluzować i nie myśleć za dużo.


     Co jest teraz twoim lekarstwem na złość i na smutek?

-   Jedynym skutecznym lekarstwem jest moje szczęście. Przytulenie, buziak czy nawet jego głos kiedy jest tak daleko zawsze poprawiają mi humor.


    Chciałabyś coś od siebie dodać?
    Nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza. Jesteś człowiekiem, masz swoją godność i nie pozwól sobie jej zdeptać.




Dziękuję Zosiu za to, że zgodziłaś się na wywiad. Znamy się już wiele lat i powiem szczerze, że widać Twoje szczęście- promieniejesz, więcej się uśmiechasz i zrobiłaś się śmiała. Ogromnie cieszę się z twojego szczęścia.


Szczerze- rozmowa z Zośką strasznie mnie wzruszyła. Jej przemianę mogłabym porównać do przeobrażenia poczwarki w pięknego motyla.
Poproszę Was o moc uścisków i całusy. Trzymajmy kciuki za szczęście Zośki :)

Pozdrawiam, M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger