środa, 4 maja 2016

Pobyt w szpitalu i jego plusy.

Po przeczytaniu pewnie zastanawiasz się, czy dobrze się czuję.
W sumie sama nie wierzę, że dałam taki tytuł :)

Oczywiście, pobyt w szpitalu nigdy nie jest łatwy, zarówno wtedy, gdy trafiamy tam nie planując tego, jak i wtedy, gdy wiemy, że ten pobyt Nas nie ominie.

Prócz plusów, jakimi są między innymi opieka medyczna, spokój i cisza (na porodówce niekoniecznie), jest masa minusów.

Tęsknota za domem powoduje, że wszystko drażni, jak odstająca metka w bluzce.
Może niezbyt trafne porównanie, ale tak jest. Wszystko Nas denerwuje i chciałoby się ten cały pobyt przespać i obudzić się w dniu wypisu.

Pobyt w szpitalu strasznie się dłuży. Spogląda się na zegarek co 10- 15 minut i odnosi się wrażenie, że czas mija żółwim tempem. 

Łóżka nie zawsze są wygodne. 
Obiady nie zawsze zachwycające Nasze podniebienie.

Krótko mówiąc... pobyt w takiej placówce, to nie wczasy all inclusive.

Nie przeciągając dłużej.
Mój pobyt w szpitalu przyniósł pewne korzyści.
Jedną, najważniejszą jest oczywiście to, że wchodząc w dwupaku, wychodziłam już z Naszą kruszynką w ramionach oraz fakt, że naprawdę wybrałam dobre miejsce do porodu- opieką byłam zachwycona, fantastyczni lekarze. Przez dwa lata zdecydowanie zmieniło się na lepsze.

Znów nie to miałam napisać- wybaczcie tą moją skłonność do dygresji :) 

Plusem pobytu w szpitalu, było to, że w końcu przekonałam się, jak bardzo mam samodzielne, dzielne i mądre dziecko.
Oczywiście wiedziałam to doskonale, wiedziałam, że poradzi sobie lepiej beze mnie niż ja bez Niej i jej taty.
Moja nieobecność udowodniła, że było tak, jak tego się spodziewałam.
I nie tylko w kwestii mojego pobytu w szpitalu i nieobecności w domu, w codziennych czynnościach i zabawach, ale także w kwestii nowej sytuacji w domu. W końcu moja dotychczasowa jedynaczka stała się starszą siostrą, ale o tym obiecuję Wam napisać następnym razem :) 

Znam Hanię doskonale, znam jej możliwości, umiejętności i różne sposoby na osiągnięcie celu- mimo, że dopiero co niedawno skończyła dwa latka, to strasznie cwana jest i bez problemu potrafi sobie poradzić z różnymi sytuacjami, czy przeszkodami, a poza tym całkiem dobra z Niej negocjatorka :) 

Kiedy byłam w domu, bywało czasem tak, że mimo, iż Hania potrafiła coś wykonać sama, to prosiła mnie o pomoc, albo bardziej o towarzystwo. Gdy nie mogłam jej pomóc, albo towarzyszyć chociażby podczas tańców do jej ulubionych piosenek, miała zawsze pod ręką tatę, bądź dziadków. Bywało jednak i tak, że nikt inny nie mógł mnie zastąpić- najczęściej przy przygotowywaniu śniadania czy kolacji. Zapewne wynikało to z Naszego rytuału. Hania uwielbia pomagać, a gdy pada hasło "idziemy przygotować kolację", Hania ciągnie za rękę, wyciąga talerzyki, otwiera lodówkę i woła "mamo, mamo chodź'.
Kiedy byłam w szpitalu nie było z tym problemu. Nie było płaczu, że mamy nie ma. Nie było protestu żadnego.
Tak samo z ubieraniem, czy z rozbieraniem do kąpieli.
Być może to zasługa Naszych codziennych rytuałów, tego, że nie wyręczałam córki we wszystkim, że pozwalałam jej samej spróbować się ubrać, czy pozwalałam pomóc sobie przy sporządzaniu posiłku.

Mój pobyt w szpitalu sprawił, że Hania chyba sama nabrała pewności siebie, uwierzyła, że nie potrzebuje by ciągle mama była, gdy chce sama spróbować się ubrać, czy rozebrać, chociaż po części. Dotarło też do Niej, że nie tylko najlepiej pomoże jej mama, że kanapeczki zrobione z tatą, czy babcią są równie smaczne, jak te robione z mamą :)

Zauważyłam, że Hania potrafi sama sobą zająć się na dłużej, czy zainicjować zabawę z tatą, czy dziadkami. Sama sprząta swoje zabawki - co mnie zaskoczyło, bo zazwyczaj musiałam ją upominać.
Zauważyłam jak zasób słów się powiększył.

Przed drugimi urodzinami Hania pożegnała się na dobre z pieluszkami- myślałam, że jak mnie nie będzie, to będzie regres- różnie dzieci przechodzą rozłąkę. Czasem mimo, że wydaje się, że dziecko radzi sobie świetnie, to gdzieś podświadomie jednak przeżywa. U Nas na szczęście nic takiego nie miało miejsca.


Nie było mnie kilka dni w domu. Wytęskniłam się ogromnie, ale także utwierdziłam w przekonaniu, że doskonale znam swoje dziecko, a także Hania dostała możliwość udowodnienia, że naprawdę wiele potrafi. 



Przesyłam całusy.
M.


24 komentarze:

  1. Ja się najbardziej boję rozłąki z Gają- jest ze mną cały czas (oprócz pobytu w przedszkolu) i te trzy dni bez niej będą dla mnie katorgą. Gaja sobie poradzi, ale mnie tęsknota chyba rozniesie :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja będąc w szpitalu w końcu miałam czas na czytanie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Żyć nie umierać4 maja 2016 23:03

    Widzisz jaką masz dzielną córkę!!! Brawo dla niej! No i dla dumnej mamy też :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Skąd ja to znam - mój syn świetnie umie różne rzeczy zrobić, ale po co ma się męczyć skoro mama jest w pobliżu i może to zrobić za niego ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Miniowe Szczescie5 maja 2016 14:45

    Wiedzialam, ze Hania to madra dziewczynka I swietnie da sobie rade bez Mamy :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo przeważnie jest tak, że rodzice bardziej przeżywają, a dzieci radzą sobie doskonale:) Moja Młoda we wrześniu startuje do przedszkola, niby się cieszę, ale z drugiej strony się trochę cykam jak ona sama bez mamusi...a raczej mamusia bez niej :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawe spojrzenie na temat rozłąki. Kolejny przykład na to, że zawsze są dwie strony medalu:) I w sumie wszyscy powinniśmy brać przykłąd z Ciebie i patrzeć na ten czas rozłąki przez pryzmat tego co pozytywne!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szczypta o Mnie5 maja 2016 22:27

    Widzisz musiałaś się dopiero będąc w szpitalu utwierdzić w przekonaniu jaką masz dzielną córę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nieźle potrafią nas te dzieciaki zaskoczyć. Chyba każde dziecko tak ma, że z mamą jest jeszcze jak mała dzidzia, a jak musi to nagle staje się dużym dzieckiem. Mój syn, np. tylko przy babci zasypiał bez smoka. Śmiałam się do mamy, że na odsmoczkowanie absolutne to musi z nami zamieszkać ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam wiele obaw z narodzinami drugiego dzidziusia... właśnie przez rozstanie z Oliwierkiem... Z nim leżałam, aż miesiąc czasu! Dlatego nie wyobrażam sobie teraz podobnej sytuacji, mając drugie dziecko w domu...

    Pozdrawiamy!:)
    ladymamma.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. Codzienne rytuały zawsze przynosza korzyści zarówno dla dziecka jak i rodzica :) Najgorsza tęsknota za dzieckiem :) Ja bym chyba nie wytrzymała :)

    OdpowiedzUsuń
  12. No właśnie ta tęsknota :) Ja potrafiłam się rozpłakać przy telefonie, kiedy z Nią rozmawiałam przez telefon i najgorsze było to, że ja chciałam jak najdłużej jej posłuchać, a ona nie miała czasu, bo układała klocki :D Teraz to się sama z tego śmieję, ale jak byłam w szpitalu, to strasznie tęskniłam i chciałam jak najszybciej wyjść.

    OdpowiedzUsuń
  13. A wiesz, że i ja zabrałam ze sobą książkę z takim zamiarem?! Tylko, że nie potrafiłam się skupić i to czytanie było takie ... bezowocne- może tak to nazwę. Czytałam i nie wiedziałam o czym...

    OdpowiedzUsuń
  14. Dociera do mnie, że z małej Hani urosła już taka całkiem samodzielna dziewczynka :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dokładnie tak! :) Mimo, że zdaję sobie z tego sprawę, to i tak zawsze ulegam- pomogę, bądź sama coś zrobię. Często się na tym łapię.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja jestem wciąż w szoku, że moja córka, z którą jestem na co dzień, nie przejęła się moją nieobecnością :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Właśnie- jak mamusia poradzi sobie bez córusi :)
    Twarda z Ciebie babeczka, więc wierzę, że dasz sobie radę ;) Bo to, że Twoja córka sobie świetnie poradzi zarówno z rozłąką, jak i pobytem w przedszkolu to wiem :) Rezolutna z Niej dziewczynka :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Niby to wiedziałam, ale - no właśnie zawsze to ale- bałam się, że się mylę, a jednak nie :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Dobry sposób na bezstresowe pożegnanie smoczka :)
    Dzieci są bardzo cwane i wydaje mi się, że one po prostu chcą być takimi małymi dzidziusiami przy mamie, która weźmie na rączki, ulula do snu... :) Jakby potrzebowało potwierdzenia, że jest najważniejsze. Albo to przez Nas-mamy. Wciąż traktujemy dziecko jak małe dziecko niezależnie jak bardzo jest samodzielne i do tego dziecko jest przyzwyczajone?
    :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Bo - choć to niewychowawcze - czasem łatwiej coś samej zrobić, niż się z dzieckiem wdawać w dyskusję, też tak mam ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Miesiąc? Oszalałabym z tęsknoty!
    Przede wszystkim bądź dobrej myśli- nastaw się, że będzie dobrze :) Ja po drodze do szpitala wciąż powtarzałam sobie- jadę na 3 dni- góra tydzień i wracam do domu- nie ma innej opcji. Trzymałam się tego, jak tonący brzytwy- bo szczerze bałam się, że może Nam się przedłużyć- nie wiedziałam, czy dam radę urodzić naturalnie i kiedy, czy będę miała CC... ale jak to powtarzam sobie- "dobre myśli-dobry owoc, złe myśli-zły owoc" więc powtarzaj sobie i Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Też tak myślałam- że nie dam rady, ale na szczęście poradziłam sobie. A w dniu, kiedy już mogliśmy jechać do domu, to czułam się jakbym dostała skrzydeł :)

    OdpowiedzUsuń

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger