piątek, 13 listopada 2015

Wydziwiam.

Żyjemy w XXI wieku.
Na każdym kroku jest mówione o prawach dziecka, o rodzicielstwie bliskości, o metodach wychowania, o komunikacji między dzieckiem a rodzicem.
Wydawałoby się, że nie ma na świecie osoby, która chociaż o jednym z wyżej wymienionych haseł nie słyszała.
Wydawałoby się, że nastawienie ludzi do kwestii wychowania przez lata się zmieniło.
Zmieniło się traktowanie dzieci.
Dziecko to nie rzecz, którą mamy w posiadaniu, to nie jest nierozumna istota!
Dziecko tak jak my- dorośli, rozumie, czuje i się boi...

Dlaczego więc niektórzy decydując się na dziecko, nie przewartościowują swojego życia, nie zmienią swojego nastawienia, nie zwrócą uwagi na to, jaki przykład dają swojemu dziecku?!
Dziecko jest jak gąbka, która chłonie. Nie tylko wiedzę, ale także wartości i zachowanie.

Do czego zmierzam?
Do pewnej sytuacji, która miała miejsce.
Konkretnie do dwóch sytuacji, po których byłam w szoku, a sądziłam, że nic już mnie nie zdziwi.

Wybrałam się z córką do pobliskiego miasta, do księgarni, żeby kupić kilka nowych pozycji do Naszej biblioteczki.
Hania, jak tylko zobaczyła te wszystkie książeczki dostępne na półkach, była w siódmym niebie.
Gdy przy kasie była kolejka,  my przeglądałyśmy książeczki i odkładałyśmy na miejsce.
W pewnym momencie nadeszła Nasza kolej. Zapytałam więc o książeczki, po które przyszłyśmy, a w tym czasie Hania grzecznie stała przy ladzie.
Pani sprawdzała w komputerze, czy książeczki są dostępne, a ludzi w księgarni przybywało.
Przybyło kilku dorosłych z dziećmi, które zaczęły biegać po księgarni.
Moje dziecko najwyraźniej stwierdziło, że też tak może i zaczęło mi uciekać.
Pobiegłam więc za Hanką, zniżyłam się do jej wzrostu i powiedziałam, że tutaj nie wolno biegać. Powiedziałam, że za chwilkę wychodzimy i zapytałam czy pójdzie ze mną po książeczki.
Bez lamentu Hania poszła ze mną, trzymając mnie za rękę.
Dzieci nadal biegały, zwalały książki z półek.
Pani spakowała książeczki do reklamówki, ja wyjęłam portfel, a Hanka dołączyła do dzieci.
Ktoś by powiedział, że się czepiam, ale ... ludzi w sklepie przybywało, robiło się coraz ciaśniej, starsze Panie oczywiście krzywo spoglądały, a ja po prostu nie chciałam, by moje dziecko brało przykład z dzieci, które im dłużej przebywały w sklepie, tym więcej szkód wyrządzały.
A co najważniejsze, nie wyobrażałam sobie chociaż na chwilę stracić córki z oczu.
Pobiegłam po Hanię.
Wzrok ludzi czułam na sobie.
Wzięłam Hanię na ręce i podeszłam do lady.
Hania się zbuntowała.
Zaczęła krzyczeć "dzieci, dzieci" wskazując palcem na biegające dzieci, płakać i wyginać się.
W sumie rozumiałam jej złość. Przecież chciała tylko pobiegać z dziećmi...
Ludzie zaczęli patrzeć na Nas. Pani przy kasie była zakłopotana.
Starsze Panie bardziej skupiły się na tym, że moje dziecko płacze, niż na demolujących dzieciach, których matki ukrywały się między regałami.
Postawiłam Hanię na podłodze, zniżyłam się do jej wzrostu i spokojnym głosem powiedziałam, że tutaj nie wolno biegać, książeczki mogą upaść z półek i się zniszczyć.
Powiedziałam, że jak chce pobiegać, to zaraz pójdziemy pobawić się na plac zabaw.
Zapytałam czy chce iść na plac zabaw. Odpowiedziała, że tak.
Zapytałam, czy jest jej smutno (staram się zawsze mówić o emocjach), powiedziała, że tak pociągając noskiem.
Serce mi pękało...
Zapytałam, czy chce się przytulić. Bez słowa się przytuliła.
Po chwili zapytałam, czy już lepiej. A ona wytarła oczka i odpowiedziała, TAK.
Powiedziałam jej, że zapłacę za książeczki i pójdziemy na plac zabaw i niech stoi przy mnie, żeby się nie zgubiła. Dałam jej reklamóweczkę z książeczkami do potrzymania, zapłaciłam.
Hania stała przy mnie i nie płakała, była spokojna.
Wyszła trzymając mnie za rękę.
Pani przy kasie się uśmiechnęła- nie była już zakłopotana
Ale ...
Ale wszyscy inni w księgarni, byli bardzo zniesmaczeni sceną- widziałam to po ich minach i słyszałam starsze Panie: "bezstresowe wychowanie", "ta młodzież nie nadaje się na wychowywanie dzieci", "w tych czasach, to wydziwiają".

Wychodziłam z księgarni i się zastanawiałam, co według nich miałam zrobić? Co ich tak zdziwiło?
Że rozmawiam z dzieckiem?
Co im przeszkadzało?
Że troszkę dłużej musiały postać w kolejce?
Zastanawiało mnie, co dziwnego było w moim zachowaniu.

Tego samego dnia, zaraz po tym, jak byłyśmy  na placu zabaw i  zaraz przed tym, jak miałyśmy już jechać do domu, wstąpiłyśmy do supermarketu.
Kilka rzeczy miałam do kupienia, więc na spokojnie z Hanią zaczęłyśmy szukać produktów z listy.
Tuż przy kasie, do mych uszu dobiegła rozmowa matki z córką (córka na oko 8-9 lat).
Kobieta miała już płacić. Ja stałam kilka osób dalej, ale ich rozmowy nie można było nie usłyszeć.
"Mamo, proszę Cię, kupisz mi to?"
"Nie, odłóż to"
"Mamo, proszę, tylko tą jedną rzecz"
"Nie powiedziałam i mnie nie wkur***aj! Jak Ci wpierd***le, to zrozumiesz!".
Matka wyrwała córce coś z ręki (nie wiem, chyba jakiś wafelek), odłożyła na półkę przy kasie, zapłaciła za papierosy i wyszła pośpiesznie otwierając paczkę, a córka z rumieńcami snuła się za Nią, jak cień.
Były trzy kasy blisko siebie, mnóstwo ludzi w kolejkach i nie usłyszałam żadnego komentarza starszej Pani, ani dziwnych spojrzeń, szturchnięć.
Nic.
Chyba tylko ja się dziwnie spojrzałam ...

Jeszcze długo w domu nie mogłam się nadziwić.

Kiedy dziecko płacze i matka z dzieckiem rozmawia, wyjaśnia, to jest źle i to dziwi, ale kiedy matka rzuca"łaciną"do swojego dziecka, to nikomu to nie przeszkadza?

Dlaczego dorośli zapominają o tym, że ich dzieci mają prawo do równego traktowania, do szacunku?
Tak, są dziećmi, ale różnią się od Nas tym, że zdecydowanie mniej doświadczyli i nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie, uczą się dopiero norm i wartości.
Od rodziców się uczą.
Jeśli my nie będziemy potrafili ze swoimi dziećmi rozmawiać, to jak Nasze dzieci sobie poradzą? Agresją?
Jeśli rodzice nie będą szanować swoich dzieci, to czy dzieci będą szanować swoich rodziców?

Ja rozumiem, że bywa różnie, czasem jesteśmy zmęczeni natłokiem obowiązków i zmartwień, ale czy to usprawiedliwia Nasze każde zachowanie? Zwłaszcza wobec dziecka?
Czy nie lepiej byłoby wziąć głęboki oddech i przemyśleć to co chcemy i jak chcemy powiedzieć?


Czy miałam chęć nakrzyczeć na swoje dziecko?
Przez cały czas przebywania w księgarni, nie miałam na to ochoty- nawet przez myśl mi nie przeszło.
Miałam za to chęć odwrócić się do tych co komentowali i powiedzieć kilka słów.
Miałam chęć porozmawiać sobie z matkami, które w nosie miały to, że ich dzieci biegają po sklepie.
Miałam chęć podarować trochę odwagi młodej ekspedientce przy kasie, by zwróciła uwagę...

Poczułam ulgę, gdy moja córka znalazła ukojenie w moich ramionach, gdy było jej źle i smutno.
Byłam szczęśliwa, że potrafię rozmawiać ze swoim dzieckiem.



Ten tekst chodził za mną 3 dni. To, czego doświadczyłam, nie dawało mi spokoju.
Mam nadzieję, że przy następnej Naszej wyprawie do księgarni i na plac zabaw w pobliskim mieście, natrafię na rodziców, którzy również będą umieli rozmawiać...


M.

19 komentarzy:

  1. Wiesz co ich dziwiło? Że Ci się chciało! Że chciałaś stracić masę czasu na tłumaczenie, na patrzenie w oczy, na rozumienie, kiedy wystarczyło dać kilka szybkich czy warknąć i dzieciak cicho by siedział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety takie przypadki widziałam i smutne było zawsze to, że mało kto reagował- zwracał uwagę. :/

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że pierwszą sytuację komentowano bo przecież stojący za Tobą stracili cenne sekundy życia. Generalnie ludzie mają ''wylane'' na wszystko jeśli ich to w jakiś minimalny sposób nie dotyczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... i jeszcze do tego fakt, że przecież każdemu gdzieś się śpieszy...

      Usuń
  3. A wiesz co mnie się wydaje? Wydaje mi się, że komentowały Ciebie te stare babki, bo po prostu byłaś jedyną mamą, która się "ujawniła". One dobrze wiedziały, że to Ty dobrze postępujesz z dzieckiem, ale tamte mamusie snuły się, udawały że nie widzą zachowania swoich dzieci, więc ta panie nawet nie miały kogo krytykować, skupiły się na Tobie, bo byłaś łatwym celem. Ani Ty, ani Hania nie byłyście winne całemu zajściu, bo ja wprawdzie widzę winę, ale winę matek, które nie zareagowały kiedy powinny. Przykre to jest, że ludzie nie przekazują dzieciakom pewnych elementarnych podstaw kultury i zachowania, ostatnio zresztą rozmawiałam w grupie na FB z jedną dziewczyną, która stwierdziła, że pewnych zachowań nie wyniosła z domu (tak jak ja), a "skończyła poważne studia"- zupełnie jakby to miało cokolwiek usprawiedliwiać (rozmowa apropos chamskich zachowań w miejskiej komunikacji). Teraz dla ludzi brak kultury to normalka, dziwne jest wychowywanie dzieci i bycie uprzejmym. To jest DRAMAT.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie i bardzo mi się podoba to co napisałaś i jak postępujesz, że starasz się zawsze mówić o uczuciach ja nad tym zaczynam pracować i nie jest to łatwe zadanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście- łatwe nie jest. Zwłaszcza, gdy chodzi o gniew :/

      Usuń
  5. Ludzi dziwi to, że się z dzieckiem rozmawia. Kiedyś Młoda uciekła mi ze sklepu. Pobiegłam za nią, złapałam i rozmawiałam, tłuamczyłam. Ludzie chyba czekali aż klapsa dostanie- to nie miało miejsca. Patrzyli na mnie dziwnie- mina typu- co ty odpier...kobieto. Wiesz o co chodzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem :)
      Kiedyś w Biedronce mi Hania uciekła- ja za Nią pognałam i kucnęłam, zaczęłam jej tłumaczyć. Wzrok wszystkich przechodzących obok był dziwny i właśnie ta mina, o której napisałaś ... Chyba każdy liczył, że ta ucieczka inaczej się skończy.

      Usuń
  6. Hmmm podziwiam! Ja staram się oczywiście Podopiecznemu tłumaczyć, że nie wolno uciekać, że to tamto. Podziwiam za taką rozmowę, bo ja jakoś nie umiem aż tak rozmawiać z dzieckiem.
    Jeszcze nie miałam sytuacji, by był z innymi dziećmi i gonił się z nimi (obym nie miała). Zwykle jak idziemy do empiku, to daję mu kilka książeczek, które ogląda. Wtedy ja mam chwilę na oglądnięcie tego, czego szukam. A jak widzę, że zaczyna kombinować, wkładam do wózka. Jedyne wyjście...

    P.S. To ja robię dla Was upominek na wymiance Mikołajkowej u Mini :))

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem Aniu :)

      Co do rozmów. Nie jest łatwo i czasem kończy się to także moimi łzami z bezsilności. Zwłaszcza gdy proszę po raz kolejny by mnie posłuchała, a Hania się śmieje, albo zatyka oczy i nie chce nawet spojrzeć na mnie, po czym robi to samo, na co zwróciłam uwagę.

      Ciężko jest, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo i kolorowo :)

      Usuń
  7. Ehhhh właśnie myślę intensywnie jak wytłumaczyć Żabce to, że spotka osoby które będą zachowywały się źle, ale ona nie musi iść zgodnie za nimi. Zawsze poprawiamy ludziom humor stojąc w kolejce do kasy. Ludzie są chyba zdziwieni, że tłumaczę dziecku różne rzeczy. Że kiedy nie chcę czegoś jej kupić, to nie rzuca się z rykiem na podłogę i nie robi mi scen.
    Dialogi zasłyszane przez Ciebie w kolejce, to patologia. Tego nie da się inaczej skomentować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wciąż się zastanawiam czy moje dziecko poradzi sobie w kontaktach z innymi dziećmi- zwłaszcza, tymi "nie wychowanymi".
      Kiedyś byłam w małym klubiku dla maluchów. Hania bawiła się radośnie, dzieliła zabawkami i w pewnym momencie, gdy wzięła wózek od lalek, podeszła dziewczynka i ją uderzyła w rękę wyrywając wózek. Moje dziecko było w szoku, z płaczem przyszła wołając ała. Rączkę pocałowałam, wytłumaczyłam, że ta dziewczynka jest niegrzeczna i namówiłam Hanię na zabawę inną zabawkę. Przy kolejnej akcji interweniowałam- podeszłam i wyjasniłam dziewczynce, że zabawkami trzeba się dzieli i nie wolno bić innych dzieci, zwłaszcza młodszych i że jak chce się pobawić zabawką, którą wzięła Hania, to musi poczekać, a nie wyrywać. Dziewczynka położyła się na podłodze i leżała z fochem- matka czytała gazetę... Brak reakcji rodziców działa na mnie jak płachta na byka.

      Usuń
  8. brawo! rewelacyjne podejscie, w takim miejscu z tyloma ludzmi stracic dziecko z oczu to nie rozsadne, a gdyby tak ktos nagle i szybko w tym hałasie jedno dziecko wyprowadzil ze sklepu ? co wtedy by powioedzieli
    podziwiam Cie za cierpliwosc i podejscie :) a ludzmi sie nie przejmuje stare baby nie maja podejscia tez do dzieci juz ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek mogłabym stracić z oczu moje dziecko w zatłoczonym miejscu. Nawet nie chcę sobie tego wyobrazić.
      A co do cierpliwości. Stale poszerzam jej granice, bo nie zawsze jest tak łatwo :)

      Usuń
  9. I to jest piękne - że potrafisz rozmawiać z dzieckiem, że traktujesz dziecko jak równego sobie. Że tłumaczysz i dajesz przykład. Sama znam małżeństwo u których bluzgi do dzieci są na porządku dziennym. Ja sobie czegoś takiiego nie wyobrażam. Znieczulica społeczeństwa jest straszna.
    Oby tak dalej. Najważniejsze, żeby twoje dziecko czuło się dobrze, wiedziało, że zawsze może zwrócić się do swojej mamy z każdym pytaniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze Nasze rozmowy tak łatwo przebiegają. Czasem muszę się sporo naprodukować, ale i mimo to uważam, że warto. Skoro ja nie nauczę dziecka rozmawiać z innymi, to jak inaczej moje dziecko będzie się komunikowało? Agresją? Niestety, nie wszyscy rodzice zdają sobie z tego sprawę. A bluzgi do dzieci to dla mnie po prostu niepojęte :/ Niestety, tak jak piszesz, u niektórych rodzin na porządku dziennym i to jest smutne :(

      Usuń

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger