sobota, 7 lutego 2015

Przygoda matki za kierownicą

Wracałam sobie późnym wieczorem autem od szwagierki. H. siedział z boku, a Hania smacznie spała... odwoziliśmy po drodze dziewczynę siostrzeńca mojego H. do domu.
Nic nadzwyczajnego, prawda?
Po tej jeździe mam dość na najbliższe pół roku, to co na mnie czyhało po drodze, to ... no po prostu, jakby było wszystko ukartowane.

Jeździć samochodem uwielbiałam, ale jakoś po zdaniu prawa jazdy, chęci mi minęły. Wróciłam do jazdy autem kiedy mieszkaliśmy poza domem, za namową mojego H. , kiedy to dla zmotywowania, zawsze, co każdy weekend stawiał ultimatum- albo prowadzę auto i jedziemy w odwiedziny do rodziców, czy znajomych, albo po prostu siedzimy w domu... udało mu się, ponieważ zawsze ulegałam i dzięki temu nabrałam wprawy, bo mówcie, co chcecie, ale jak się nie jeździ autem, to jest problem z "obsługiwaniem pojazdu" :)

Później jeździłam już wszędzie, sama zgłaszałam się na ochotnika, a jak było trzeba, sama śmigałam na zakupy nie wlekąc się autobusami miejskimi. Będąc u rodziców, mogłam zabrać mamę na babskie zakupy, podczas, gdy H. pomagał mojemu tacie na podwórku.

I tak śmigałam Naszą asterką, do szkoły, do pracy...
Kiedy Nasza rodzina miała się powiększyć, zmieniliśmy autko na lepsze, nowsze, wygodniejsze... do asterki mieliśmy sentyment, mój H. sam na nią zapracował, więc tym bardziej szkoda Nam było, że musimy się jej pozbyć, ale cóż, miała swoje lata.
Ale nie o tym chciałam pisać :)

Tak więc... jechałam  po nieznanych dla mnie drogach, bardzo okrężną drogą do domu. Najpierw lód na drodze i mimo małej prędkości ślizgaliśmy się po drodze- mało na zawał nie zeszłam. Zapewne gdyby nie fakt, że miałam w aucie Hanię oraz H, który opanowanym głosem mówił "spokojnie kochanie", to pewnie bym miała wizje, że leżę w rowie i tak pewnie by było.
Dałam radę, chociaż byłam bliska zawału. Dalej było jeszcze gorzej- wyzywałam GPS-a, że poprowadził mnie tą drogą... lód na drodze to pikuś! Dziurawa droga oblodzona, to jest dopiero hardcore...
Wyzywałam w myślach, że muszę tędy jechać, ale przecież nie mogłam odmówić podwózki.
Kiedy już droga była lepsza, jechałam sobie w najlepsze...
Jechałam spokojnie, skupiona na drodze. Patrzę, dzik sobie ryje przy drodze... myślę, ale On gigantyczny- Odyniec. Mijam go, a gdy minęłam- olśniło mnie!
O k*a! Krzyknęłam jednocześnie z H., jakbyśmy się zmówili.
Widziałaś?
Widziałam.
Dzik miał około 120 kg ... był gigantyczny, pomimo, że jechałam wolno, to auto byłoby skasowane.
Nie wiem, czy to ze zmęczenia po całym dniu, czy co, ale po prostu widzieć, widziałam tego dzika, ale jakoś nie przejęłam się- H dopiero zobaczył go jak mijaliśmy tego giganta.
A on przecież mógł wbiec pod auto... chociaż pewnie gdybym zaczęła hamować, to wpadlibyśmy w poślizg, albo by się wystraszył i wtedy wbiegł...mogę gdybać.
Tak, czy owak, byłam przerażona i z tego przerażenia śmiałam się jak szalona.
Dziękowałam Bogu, że ten dzik się nie ruszył z miejsca... a wyglądał jak jakiś gigantyczny kamień.

Zdążyłam ochłonąć po tej przygodzie, gdy nagle przed maskę wybiegł mi Jeleń... na szczęście w odpowiednim momencie zareagowałam i spokojnie wyhamowałam... jedziemy dalej...
lis... jeden, drugi, trzeci, czwarty.... przebiegały mi drogę płosząc mnie strasznie.

Jesteśmy jakieś 10 km przed domem, myślę sobie, w końcu znana mi droga, znany las, droga nie jest oblodzona... jedziemy i co?
Daniele- sztuk 5, po drodze sobie chodziły. Jak tylko usłyszały klakson, od razu uciekły.
Jedziemy dalej... Kolejny Daniel, wyskoczył z rowu i stanął na środku drogi i patrzy sobie.
Klakson mu nie straszny... więc H. wyszedł go pogonić- śmiałam się, żeby nie było czasem na odwrót :)
Na szczęście uciekł.
Daniel, rzecz jasna :)
Resztę drogi pokonaliśmy spokojnie :)

Uf... z wrażeń nie mogłam zasnąć :)

Nie lubię zimą jeździć. Chociaż kiedyś i jazda autem zimą nie była mi straszna. A to wszystko się zmieniło przez zimę 2012 roku... wracałam z pracy, śnieg sypał, droga nie była odśnieżona... zakręciło mi autem, złapałam pobocze i już czułam, że leżę tyłem samochodu w rowie. Krzyczałam niemiłosiernie Boże ratuj! Przy poboczu pełno drzew... już widziałam przed oczami wszystko co może mnie ominąć, łzy lały się... nie wiem co zrobiłam, chyba dodałam gazu odruchowo i wyjechałam na drogę. Zatrzymałam się, zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Ogarnęłam się i pojechałam dalej. Kiedy weszłam do domu, rozebrałam się, przywitałam z domownikami i się rozpłakałam. Tym razem ze szczęścia.
Opowiedziałam co się stało. Na drugi dzień jadąc do pracy widziałam ślady w rowie- moje ślady, a kawałek dalej stało już drzewo, niewiele brakowało, żebym je zaliczyła. Cały czas dziękuję Bogu, że wyszłam bez szwanku.
Na zawsze to pozostanie w mojej głowie i zawsze już będę się bała jeździć autem zimą. Nic na to nie poradzę. Chociaż zdecydowanie pewniej się czuje mając przy sobie H.

A czy Wy lubicie jeździć autem zimą?

M.

25 komentarzy:

  1. Ja to w ogólne autem jeździć nie lubię. Znajomi meża z pracy mieli kiedyś bliskie spotkanie z dzikiem, który dosłownie rozwalił im samochód...dzikowi nic się nie stało!! Całe szczęście znajomym nic się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Nas też byłoby auto skasowane ... eh :/

      Usuń
  2. Osobiście uwielbiam jeździć. Bardzo. Nawet prawo jazdy na autobus zrobilam na miesiąc przed rozwiązaniem egzamin zdawalam. I i dziwo dzieki jeździe autobusem nauczyłam sie dobrej i spokojnej jazdy, zwłaszcza zima. Nie to jak pierwszy dzien pracy po pól rocznej przerwie a tu lodowisko na drodze i zawieja sniezna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? Podziwiam kobiety jeżdżące autobusami :) Egzaminator nie martwił się, że w trakcie urodzisz? :)

      Usuń
  3. No to mialas przygody.... nie do pozazdroszczenia...
    Trzeba jezdsic uwaznie. Ja noe raz lapie sie na tym, ze jezdze dosyc ... brawurowo, a powinnam byc bardziej rozwazna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim zaszłam w ciążę, to jak sama gdzieś jechałam, to lubiłam nadepnąć na pedał gazu...kiedyś się przyznałam niechcący mojemu H. to dostałam opierdziel. A gdy już Hania przyszła na świat, to już nigdzie mi nie spieszno :)

      Usuń
  4. Ja mieszkam w dość pagórkowym terenie i niestety zimą za każdym razem przeżywamy hardkor. Całe 15 km jest oblodzone i zasnieżone. Pod górkami stoją tiry i inne auta. Nie bardzo można je ominąć bo wogole nie widać drugiego pasa. Musieliśmy kupić terenówkę i omijamy takie samochody poboczem lub jedziemy polem. Wiele razy nie dojechałem do pracy, bo przede mną jechał zagapior i hamował z górki, a pod nią już nie podjechał.
    Współczuję tak tragicznej drogi do domu. My, zaraz po urodzeniu Lusi jechaliśmy nad morze i dosłownie przed samą maskę wyskoczyła nam sarna. Niestety mieliśmy z nią bliskie spotkanie. Całe szczęście, że znajomi za nami byli czujni, bo wjechali by nam w tylek i rozbilibyśmy trzy samochody. Dziwnym trafem na aucie nawet śladu nie było, ale od tej pory, gdy przejeżdzam przez pola ściągam nogę z gazu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mojemu H. na poprzednim aucie na masce daniel usiadł dupą :D I niestety ślad był, było trzeba maske zmieniać. Terenówka i Nam by się przydała :D Takie autko na ciężkie warunki, jak znalazł.
      Trzeba pamiętam o niebezpieczeństwie, które czyha wszędzie.

      Usuń
  5. Kobieto to się do TV nadaje!! :) Tyle zwierząt na jednej trasie jednego dnia??? Współczuję i nie wyobrażam sobie takiego stresa! Gdzie ty mieszkasz tak swoja drogą? Bo do głowy mi zoo przyszło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie śmiej się :P
      Nie moja wina, że wszędzie lasy mam po drodze :)

      Usuń
  6. Przygody niczym jak w jakiejś kreskówce. Kuzyn mojego męża miał kiedyś spotkanie z dzikiem i niestety skończyło się to kasacją auta szczęście w nie szczęściu je mu nic się nie stało.
    A czy uwielbiam jeździć autem ? Uwielbiam, ubóstwiam. Zawsze z moim mężem się sprzeczamy kto ma prowadzić auto bo on też to lubi i zawsze dzielimy się po połowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawiedliwie musi być, mówisz :) No ale niebawem już nie będziesz mogła za kółkiem siedzieć :P Nie zapomnij później nadrobić tego :)

      Usuń
  7. Ze zwierzętami to miałam kiedyś taką przygodę, że wyszlam na autobus a z krzaków wybiegła sarna. Tak się przestraszyłam, że w życiu tak szybko nie biegłam! Ja w ogóle nie lubię jeździć zimą, u nas w pobliżu obwodnica, lód, śnieg, nieważne tiry pędzą jak szalone...

    OdpowiedzUsuń
  8. Zdjęcie piękne. Ja w zimie zdawałam egzamin ale jeszcze nie jeździłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Zimą jeździć jest naprawdę ciężko :/

      Usuń
  9. Miałam to samo.. uwielbiam prowadzić auto, ale niestety my nie mieliśmy tyle szczęścia i ostatnio dwie sarny zmasakrowały nam samochód :( całe szczęście, że nam się nic nie stało, a wracaliśmy od moich rodziców (700km) oczywiście z MałymA... cudem jakimś, że tylko samochód ucierpiał! Teraz jak jeżdżę to głowę mam dookoła, na poboczu i w rowie, żeby w razie wu szybko zareagować... a nigdy nie zwracałam na to uwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja starałam się zawsze patrzeć na drogę i do rowu zerkać, ale kurczę tego wieczoru to ja nie wiem, zmęczona, czy rozkojarzona byłam...widziałam dzika, ale jakoś takie spowolnione tempo reakcji miałam :D
      Człowiek jak jedzie autem, to odpowiada przede wszystkim za maleństwo w aucie. Kurcze, jak ja prowadzę i jest Hania, to też zawsze staram się jechać uważniej niż zwykle. Dobrze, że w Waszym przypadku nikomu nic się nie stało.

      Usuń
  10. Takich przygód się nie zapomina ale też dużo jeżdżąc nie da się uniknąć. Ja uwielbiam jeździć autem, kocham wręcz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sami miłośnicy jazdy na 4 kółkach :)

      Usuń
  11. Ja prawo jazdy nie posiadam. Niestety jezeli chodzi o fotel pasazera to z tego miejsca zimowe podroze takze moga przerazac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak jadę z moim H albo tatuśkiem, to jestem spokojna :) Ufam im bardziej siedząc na miejscu pasażera, niż samej sobie przed kierownicą :D

      Usuń
  12. O kurcze ale jazda! :))
    Ja jestem córką zawodowego kierowcy, wiec mam to we krwi! :))
    Uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja do teraz nie wiedzialam o istnieniu zwierzęcia o nazwie "daniel" :D Włąsnie go przejrzałam na wikipedii, fajne te daniele.
    ALe miałaś tam zoo! Rany Boskie!
    Dobrze, że sobie poradziłas.

    ja lubę jezdzic. Jak byłam w ciąży i jak się leczyłam, to nie jezdzilam. Musiałam znowu sobie przypominać i teaz ju,ż jezdzę normalnie. Narazie bez dzikow i danieli, ale kto wie, moze tu w Bułgarii jakiś szakal mi keidyś wyskoczy na ulicę, albo wilk. Niedawno widzieliśmy kilka martwych wilków na ulicy. Wychodza w zimie w pobliże miast szukać pożywienia

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja wprost uwielbiam jeździć zimą, z tym, że jeżdżę terenówką. Im trudniejsze warunki tym lepiej bo mniej jest aut i można się pobawić. Generalnie polecam terenówki wszystkim dziewczynom. Dają radę nie tylko w głębokim śniegu, ale jak trzeba to i po zaoranym polu pojadą i przez głęboką kałużę. Ale sprawdzają się też w mieście bo nie trzeba zanadto przejmować się dziurami, torowiskami, a i da się zaparkować tam gdzie nie wjedzie żadne inne auto. Zawsze można wskoczyć na najwyższy nawet krawężnik, a zimą gdzieś w zaspę:)

    OdpowiedzUsuń

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger