czwartek, 15 stycznia 2015

Historia pewnej przyjaźni...


Byłam sobie JA. I były sobie dwie A.
A1 była o rok starsza,
A2 to koleżanka ze szkoły podstawowej i gimnazjum.
Nie kolegowałyśmy się za specjalnie...całkiem różniłyśmy się od siebie. Ja taka szara, spokojna myszka, One - odważne i wredne, nielubiane przez większość, można rzec, że każdy się ich bał.

Koniec gimnazjum- super, w końcu czeka coś nowego, na pewno lepszego. Poszłam do technikum i patrząc na listę uczniów nikogo znajomego miało nie być. Więc na rozpoczęcie szkoły poszłam szczęśliwa. 
Jednak nie na długo.
Okazało się, że utworzyli dwie klasy mojego kierunku i w dodatku trafiła do mnie A2. 
Gdy ją zobaczyłam w klasie, to zdębiałam...chciałam poznać nowych ludzi, za tymi z gimnazjum nie przepadałam- praktycznie sami chłopacy i w dodatku buraki ze wsi- bo jak to inaczej nazwać tych, co na lekcjach puszczają głośno bąki, bekają, kiedy ktoś akurat wcina kanapkę, albo rzucają w dziewczyny kulkami z papieru, czy obcinają warkocze...?!
Wracając do tematu... zdębiałam...patrzę i oczom nie wierzę, A2 mnie woła i pokazuje, że mogę usiąść obok. Myślę, chora Ona , czy co?
Usiadłam, przywitałam się, po wszystkim nawet razem wracałyśmy na dworzec...trochę sztywno było, ale no cóż... we dwójkę raźniej.
Nasze stosunki się polepszyły, biłam się nawet w pierś, że jak ja mogłam oceniać ją, nawet dobrze jej nie znając. 
A2 była szczera aż do bólu (co według mnie jest dobrą cechą), coś się jej nie podobało, to waliła prosto z mostu. Tak, była wredna, ale tylko wtedy, gdy ktoś nadepnął jej na odcisk... Kiedy zaczynała się kłócić w jakiejś sprawie, to czy faktycznie miała rację, czy nie, to i tak nikt nie chciał podważać jej zdania.
Nie była złą osobą... 
Stała się lepsza jak tylko  zaczęłyśmy się razem trzymać. Z Naszej przyjaźni obie czerpałyśmy korzyści. Ona złagodniała, zaczęła przyjmować krytykę, zastanawiać się nad swoim zachowaniem, potrafiła przeprosić, a ja stałam się bardziej otwarta. To Ona uświadomiła mi, że mam poczucie humoru, że jestem szalona i że żałuje, że wcześniej się nie kolegowałyśmy. Stałam się odważna i nauczyłam walczyć o swoje, bronić swojej racji.
Byłyśmy nierozłączne, jak siostry. Rozmawiałyśmy o wszystkim. Byłyśmy lubiane przez nauczycieli (oprócz Pani od Niemieckiego, bo Ona to nikogo nie lubiła) :) 
A2 od początku sz.średniej  miała chłopaka K. ja nie miałam, nie chciałam.
Kilku się napatoczyło, ale to tylko szkolna znajomość, nic więcej. Nie miałam czasu na jakieś zauroczenie, czy związek... chciałam się uczyć, zdać maturę, poza tym, nie było takiego, który by mnie oczarował... oczywiście do czasu pojawienia się mojego Hubcia (IV klasa)
Po jakimś czasie A2 została porzucona przez swojego K. Przyjeżdżała do mnie płakać, żalić się. Współczułam jej, bo Ona naprawdę go kochała i strasznie cierpiała. Strasznie się pogrążyła, przestała się uczyć- więc jak mogłam, to jej pomagałam. Chciała w wakacje za Nim jeździć, śledzić go... śmiałam się z jej pomysłów, ale zawsze w ich realizacji uczestniczyłam, żeby mieć ją na oku. Wtedy też poznała mnie z A1. 
A1 poważna, starsza, mądrzejsza...wredniejsza!
Trzymała się z Nami, można było jej ufać, ponieważ co jak co, ale można było z nią rozmawiać o wszystkim.

W końcu stwierdziłam, że A2 nie powinna cierpieć. Nie przez jakiegoś tam chłopaka. Jest tyle ich na świecie, nie pierwszy i nie ostatni... jest ładna, znajdzie jeszcze kogoś. Tak więc A2 się ogarnęła, razem z A1 wspierałyśmy ją. 
To właśnie przez nie moja przyjaźń z Marleną o której wspominałam już w poście o przyjaźni, została narażona. Więcej czasu wolnego spędzałam z A jedną i drugą. Miałyśmy już swoje sprawy, a sprawy z Marleną poszły w zapomnienie. Marlena również spędzała wolny czas z innymi znajomymi...Mimo, że mieszkałyśmy obok siebie, to czas na rozmowę miałyśmy tylko w autobusie, albo na przystanku... na szczęście Nasza przyjaźń przetrwała do dziś.

Mogłabym to jeszcze rozwlekać... ale przechodząc do sedna...
Pewnego razu na zajęciach, nauczyciel wyszedł, my mieliśmy zadanie do wyliczenia. Raz, dwa i zrobione, był czas na żarty... Żartowałyśmy sobie z innymi dziewczynami i na żarty sprzeczałyśmy się, ja i taka M. I po zajęciach z klasy wyszłam zaraz za M i usłyszałam jak coś na mnie mówiła, że jaka to mądra, fajna, wygadana... i że już ją denerwuję i coś tam jeszcze mówiła, ale nie pamiętam. Było mi przykro.
A2 słyszała to... powiedziała, że nie ładnie tak, że jest fałszywa, że tu taka miła, a za plecami gada ...
Na drugi dzień już nie rozmawiałam z M, ani z żadną, która z nią trzymała sztamę.
A2 powiedziała jej że słyszałam, ale nie chciała przeprosić, w dodatku prosiła A2, że ma nikomu nie mówić o co poszło... W ten o to sposób po paru dniach zostałam sama.
Było to zaraz po studniówce, wtedy byłam już z Hubertem. 
Pamiętam, jak A2 przeżywała ze mną każde moje spotkanie z H, jak Nam kibicowała, jak robiła za Naszą przyzwoitkę... 
A jak to się stało, że dosłownie olała mnie?
W tym czasie, co przestałam się odzywać z M i resztą jej ekipy, M przychodziła do A2 po radę... rozstała się z chłopakiem i musiała porozmawiać z kimś, kto również to przerabiał, tak więc tylko A2 mogła ją zrozumieć... co przerwa brała ją na bok i rozmawiały ciągle, a pozostałe dziewczyny z ekipy M, jak to później powiedziały, nie chciały się narazić M i dlatego nawet nie podchodziły do mnie.

Strasznym ciosem to dla mnie było... 4 lata traktowania A2 jak siostry... i jak to się skończyło?
Myślałam, że jestem twarda, niestety się myliłam. Chciało mi się płakać, ponieważ przechodząc korytarzem słyszałam jak M zaczynała na mnie coś mówić... nawet na zakończenie roku szkolnego padł głośny komentarz "KUJON", gdy szłam po odbiór nagrody...ale wtedy to już mnie nie ruszało.

Jak sobie poradziłam?
Hubert mi pomógł, dużo rozmawialiśmy o tym co się w szkole działo, o A2 i M. 
W trakcie zajęć na uczelni dzwonił do mnie, gdy miałam przerwę, żeby mnie pocieszyć, żeby moje myśli odciągnąć od tego, jak źle się czułam w szkole... 
Pomimo tego, że mieszkał 50 km dalej, to przyjeżdżał do mnie, pomagał mi się uczyć do matury. Przestałam myśleć o zołzach ze szkoły, ponieważ żyłam każdym spotkaniem z Hubertem. 
Z pomocą przyszli też chłopacy z mojej klasy, co było miłym zaskoczeniem. 
Wołali na mnie kędziorek, bo zawsze chodziłam z burzą loków na głowie. Zagadywali, przychodzili po pomoc, że niby czegoś nie rozumieją oraz dziewczyny, które uważałam za dziwne, ponieważ nigdy się nie odzywały na forum klasy oraz nie miały swojego zdania w jakiejś sprawie. Nagle zaczęły się odzywać do mnie. poznałam je w tym ostatnim semestrze i żałowałam, ze nie poznałam ich wcześniej przez pozostałe klasy, były w porządku. 
Nie chciały wdawać się w dyskusje, ponieważ im wszystko zawsze było bez różnicy, a kłócić się z kimś nie chciały, bo po co tracić nerwy... Jedną z Nich nadal mam bardzo dobry kontakt :) 
A do tego doszły jeszcze kłopoty ze zdrowiem,o których dowiecie się, czytając dalej tekst.

KONIEC szkoły...Nasze drogi się rozeszły. Kontakt z A2 zerwany, ale z A1 się polepszył. Pisałyśmy do siebie co słychać, odwiedzałyśmy się co najmniej dwa razy w miesiącu. Razem się odchudzałyśmy, biegałyśmy, A1 zawsze służyła radą, ja z H o niej pamiętaliśmy i jak wiedzieliśmy, że spędza samotnie sylwestra, czy inne święta, to zapraszaliśmy do Nas, braliśmy ją do kina, na pizze, żeby nie czuła się samotna... Zawsze powtarzała, jak Nam zazdrości, że mamy siebie...
Po długich namysłach wybrałam ją nawet na świadkową, pamiętam nawet jak razem ze mną cieszyła się z wieści o ciąży...
I co? A no to, że kiedy ja zaszłam w ciążę, Ona nagle przestała mieć czas, a na propozycję, że H, albo Ja przywiozę ją  i odwiozę (mieszkała 5km dalej), to Ona miała coś innego do robienia. 
A co się okazało?
Że wtedy, kiedy nie miała czasu dla mnie, to miała czas dla A2, ponieważ przypomniała sobie o niej... kilka razy zdarzyło się, że napisałam niech przyjedzie na kawę, ja po Nią pojadę, a Ona, że źle się czuje, brzuch ją boli i głowa. No ok. innym razem. 
Godzinę później, siedziałam sobie na dworze, H odpalał grilla, a Ona na rowerze roześmiana z A2 sobie jadą... nawet mnie nie widziała, jak stałam przy płocie!
Taka sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie.
Raz widziałam przez okno jak jechała z A2, napisałam do Niej...a Ona mi odpisała, że w domu dzieciaków pilnuje... Przecież mogła napisać, że umówiła się z A2 na rower... po co kłamać? Przecież wrogo do A2 nie byłam nastawiona i od początku wiedziałam, że A1 pomimo wszystko lubi A2 i z ich przyjaźni nie zrezygnuje. Mogła napisać prawdę, a nie oszukiwać...

W końcu przestałam pisać.
Nie odezwała się nawet do dnia porodu... nie zapytała jak się czuję.
Gdy urodziłam, wysłałam jej zdjęcie. Dlaczego? Ze względu na Naszą przyjaźń. Miałam też cichą nadzieję, że odezwie się, będzie chciała Nas odwiedzić, że porozmawiamy... Niestety. Otrzymałam tylko zwrotną wiadomość "Gratuluję".
To przekreśliło wszystko.

A co z A2?
Dwa lata po zakończeniu szkoły średniej, odezwała się. Najpierw z życzeniami na urodziny, potem na święta, potem tak po prostu pisała. Spotkałyśmy się, przeprosiła, nie wiedziała jak do tego wszystkiego mogło dojść, że ja byłam w porządku i najbardziej zostałam pokrzywdzona...
Nie przyjaźnimy się, nie rozmawiamy, ale zawsze pamiętamy o swoich urodzinach...
Ostatnio napisała, że wychodzi za mąż i zostanie mamusią, pogratulowałam jej i cieszyłam się, że napisała do mnie z takimi informacjami. Znaczy to, że ceniła sobie Naszą przyjaźń.

A co z M i jej "ekipą". Po zakończeniu średniej, każda z Nich do mnie napisała wiadomość...każda z Nich przeprosiła mnie. Jedna, to nawet nie wiedziała tak naprawdę o co poszło. No cóż, lepiej późno, niż wcale... a przeprosiny nic nie zmieniły. Dalej mam do Nich żal, ponieważ to przez Nich ostatni semestr szkoły średniej był najgorszy... 
Wiecie, że ze stresu, z nerwów miałam bezdechy z kołataniem serca?! Musiałam wybrać się do kardiologa... Wystraszyłam się bardzo i wtedy zaczęłam się nie przejmować, nie denerwować, wszystko spływało po mnie jak po kaczce. 
Jak sobie tłumaczyłam to wszystko? A no tak, że zazdrość przez M przemawia, że jest słabym i złym człowiekiem, skoro na poprawę swojego poczucia wartości obrała ścieżkę dokuczania innym, najwidoczniej nie potrafiła się dowartościować w żaden inny sposób.

Czego żałuję? Że tak fałszywą osobę, jak M dopuściłam do siebie, że udało jej się zamydlić mi oczy, że straciłam czujność.
Żałuję wyboru A1 na świadkową. Tak, lepszy kontakt z nią miałam niż z Marleną, w dodatku Marlena miała kilka zawirowań w życiu, więc nie chciałam jeszcze na głowę zrzucać kolejnej sprawy.

No cóż, tak już bywa, że to czas weryfikuje, kto był i jest dobrym przyjacielem, kto tylko przez przypadek i na chwilę takie miano otrzymał.

"Umiem wybaczyć i z miłością wybaczam SOBIE potknięcia i błędy. Zapamiętuję lekcję. Mam nadzieję, że więcej ich nie popełnię". B.Pawlikowska.


Pozdrawiam. Milena.


P.S. W górnym lewym rogu, jest zakładka "zapodaj temat" możecie tam śmiało w komentarzach wpisywać o czym chcecie, żebym napisała.

19 komentarzy:

  1. przyjaźń czesto jest ulotna niestety.. tez miałam takie pseudo-przyjaciółki... z resztą czas, kto pierwszy zakłada rodzinęv czy zaczyna być w stałym związku, też niszczy przyjaźń, wtedy stosunki stają się mniej zażyłe... a szkoda

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na szczęście nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji, chociaż do tej pory trwam w takim przyjacielskim trójkącie z dwiema koleżankami z liceum i w kwadracie z trzema z czasów dzieciństwa. Ja w zachowaniu Twoich A widzę zazdrość, bo masz fajnego męża, dziecko. Niestety my, kobiety takie właśnie jesteśmy: zawistne i zazdrosne. Wierz mi, że gdyby Ci się (odpukać) przestało powodzić, to obie koleżanki wróciłyby bardzo szybko. Trzymaj się:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejciu,zakrecilam sie z A1, A2,ale dobrnelam do konca :) Ja tam twardo uwazam,ze jesli przyjazn sie konczy to widocznie tak byc musi I koniec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obie koleżanki mają imię na A, a jakbym im zmieniła imiona, to sama bym się zamotała :D

      Usuń
  4. Cóż... ja nie mam najlepszych doświadczeń jeśli chodzi o przyjaźń damsko-damską i do tej pory uważam, że takowa nie jest możliwa. W gimnazjum zostałam skrzywdzona do tego stopnia, że wylądowałam u psychologa i "leczyłam" się rok w III gimnazjum, ale zadry mam do dziś. Ogólnie jestem na tyle wrażliwym człowiekiem, że wszystko we mnie siedzi i zostaje... Mój mąż ciągle powtarza, że mam przechlapane, bo wszystko przeżywam ze zdwojoną siłą i dzięki "koleżankom", które skutecznie zabiły we mnie poczucie wartości ciągle z kimś się porównuję, nie wierzę w siebie a w kontaktach międzyludzkich, takich formalnych, urzędowych czy jak coś trzeba załatwić- to odpadam. Nie ufam już kobietom, ale mimo to dalej bardzo mnie bolą raniące słowa i sytuacje. Nie uodporniłam się, wręcz przeciwnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ktoś mi zrobił krzywdę, to zapamiętam to do końca życia. Jestem strasznie pamiętliwa.
      Ja zamiast do psychologa, trafiłam do kardiologa...

      Usuń
  5. Ale się wkręciłam w tego posta.
    Aż i mi przypomniały się czasy liceum i m.in strata przyjaciółki... Smutne to strasznie, ale jeśli tak się stało, to zapewne nie była to prawdziwa przyjaźń...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko...

      Usuń
  6. Przyjaźń niby powinna być na zawsze, ale niestety coraz częściej jest ulotna.

    Kiedyś myślałam, że to my kobiety mamy predyspozycje do przyjaźni na całe życie. Jednak płeć piękna ma to do siebie, że często daje się ponieść emocjom, zawiści itp... Mój mąż ma fajna zgrana paczkę kumpli jeszcze z liceum, którzy choć mają rodziny i nie widują się co weekend (i rozjechali się po świecie) to jednak są w stałym kontakcie i mogą na siebie liczyć,..a po maturze są już ponad 20 lat. Ślub braliśmy w Polsce i przyjechali oni a nie najbliższa rodzina!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj o różnych przyjaźniach można by pisać wiele. Niestety ciężko o prawdziwych przyjaciół. Nie wszytskie przyjaźnie potrafią przetrwać. Grunt, to być sobą, nie robić nikomu krzywdy i iść do przodu. Nie warto się przejmować i wracać wstecz. Przyjaźnie zawiedzione też potrafią boleć. Ale cóż, człowiek uczy się całe życie... eh. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Człowiek uczy się całe życie... z czasem nie pozwala również łatwo zyskać u siebie zaufanie.

      Usuń
  8. to sobie nazwy wymyśliłaś. nie mogłam przestać myśleć o ...naszych autostradach :D
    ale ogarnęłam historię :) najważniejsze to wyciągnąć wnioski....tak myślę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytając swój post, zaraz po opublikowaniu, również pomyślałam o Naszych autostradach :D
      Nie chciałam zmieniać imion, bo bym się zagmatwała :D

      Usuń
  9. Miałam przyjaciółkę wiele lat. Potem poznałam męża i nasze drogi się rozeszły. Teraz mam nowe koleżanki ale tamtą przyjaźń wspominam najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  10. Większość moich przyjaźni nie przetrwała po wyjeździe do Włoch. A szkoda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda... dobrze jest mieć z kim porozmawiać, czy powspominać stare czasy, nawet przez telefon.

      Usuń

Komentować może KAŻDY. Dlatego też, będzie mi miło, jeśli zostawisz po sobie ślad :)

Należy pamiętać, że dyskusja może się toczyć bez używania słów obraźliwych i krzywdzących.

Dziękuję Ci za odwiedzenie mojego bloga i zapraszam ponownie :)

Copyright © 2014 Cytryniaki , Blogger